„Wszystkie moje matki” Luizy Piotrowicz to opowieść niezwykła, szczelnie wypełniająca wiele luk pośród innych książek ocierających się o psychologiczne aspekty ludzkiej egzystencji. Z jednej strony dosłowna i realizująca się w sposób bezpośredni, rozłożona na czynniki pierwsze; z drugiej – nieprzewidywalna i niepokojąca. Z całą pewnością jednak wciągająca!



Niech nie zmyli ukryta w narracji naukowość teorii psychoanalitycznych – to nie one daje gotową odpowiedź, to nie ona stanowi klucz do jednej, niepodważalnej interpretacji. Naukowość daje tu jedynie podstawy do rozumienia treści, cofnięcia się do początku tejże historii; jednak aby przejrzeć ją na wylot, ujrzeć jej drugie dno – należy odwołać się do własnych przemyśleń, do prywatnych hipotez, bowiem autorka nie dopomaga w rozwikłaniu wielu zagadek, które towarzyszą biegowi wydarzeń. I właśnie to czyni książkę tak bardzo fascynującą.

Główną bohaterką powieści jest 30-letnia Weronika, kobieta wykształcona, o wysokim statusie społecznym, jednak żyjąca z dnia na dzień, przy czym każdy z owych dni zdaje się być jednakowo nudny i schematyczny. Praca jako prawnik, powrót do pustego mieszkania, zero zobowiązań oraz instrumentalne podejście do kontaktów z ludźmi, a szczególnie z mężczyznami – to wszystko daje jej ułudę spokojnego żywota, bez większych zmartwień, ale także i bez uniesień. Weronika nie czuje; świat postrzega podług wszystkich zmysłów – widzi ciemność, rejestruje wszelkie deformacje i rysy, czuje odrażające zapachy, drugą osobę poznaje za pomocą dotyku, a dzięki ruchowi spełnia się, co zapewnia jej tymczasową rozkosz (głównie w podtekście seksualnym).

Jej codzienność determinuje demon samotności, który – jak się niebawem okazuje – odziedziczony został przez nią od biologicznej matki -schizofreniczki, którą poznaje dopiero w wieku 30 lat. Wiadomość o prawdziwym pochodzeniu wstrząsa Weroniką tak bardzo, że postanawia na czas jakiś zupełnie wyłączyć się z życia, które dotąd prowadziła, odejść z pracy, porzucić telefon, odciąć się od cywilizacji i wyruszyć w nieznane, aby poznać kobietę, która ją urodziła. Zapytać, dlaczego została przez nią porzucona. A wreszcie – przekonać się, czy odstawiając leki podawane jej przez całe życie przez adopcyjną („drugą”) matkę-psychiatrę, spowodują rozwój choroby, która rzekomo była udziałem Martyny, biologicznej matki Weroniki.

Na miejscu, w wiosce „zabitej dechami”, gdzie znajduje się z dala od jakiejkolwiek normalności, do której przywykła, nie jest w stanie się odnaleźć, jednak coś, jakaś nieznana siła zatrzymuje ją na dłużej przy matce, ponad 70-letniej staruszce, po której – pomimo różnych krążących na jej temat oszczerstw – nie widać zupełnie, jakoby nosiła znamiona bycia czarownicą, wiedźmą – zwał jak zwał – tudzież osobą chorą psychicznie. Nowa rzeczywistość zdaje się Weronikę przerastać, jednak poczucie dotarcia do sedna rozwoju wszystkich dotychczasowych wypadków, do epicentrum wszelkich trzęsień ziemi w życiu Weroniki, utwierdza ją w przekonaniu, że tylko tutaj ma okazję poznać siebie oraz swoje przeznaczenie. Poznaje Michała – człowieka, z którym łączy ją nie tylko seks, ale również przyjaźń, któremu z czasem zaczyna się zwierzać, a kiedy dowiaduje się, iż ten ją opuszcza na zawsze – czuje, że traci pewną część samej siebie.

Rozmowy z Martyną także ofiarowują jej bardzo wiele, lecz przekonuje się o tym dopiero po jej śmierci, kiedy dociera do niej, że tak naprawdę nie chciała jej słuchać. Jedną z tych nauk, które na długo zapadną Weronice w pamięć, wyniesionych z owego wiejskiego domku, jest konieczność przerwania ciągłości trwania fatum wiszącego nad każdą z kobiet w jej rodzinie – nad jej matką, nad jej babką itd. Fatum, które niejako determinowało ich nieszczęśliwy los – każdej z osobna. Weronika dopiero z czasem przekonuje się, że istnieje dla niej przeznaczenie – musi wydać ze swego łona to jedyne dziecko (płci żeńskiej), które położy kres tragizmowi i pokona demona samotności, który to towarzyszył kobietom tej samej rodziny od pokoleń. Tak się właśnie dzieje. Książka nie kończy się jednoznacznie, lecz nie jest to jedyny powód, dla którego książkę trzeba uznać za naprawdę wyjątkową.

Marta Akuszewska






Podobne artykuły: