Kiedy ostatnio rozmawiałaś z kimś bliskim o śmierci – swojej własnej, nie cudzej? Nie o chorobie, nie o pogrzebie sąsiadki, ale o tym, co czujesz, kiedy w środku nocy przychodzi ta myśl, że kiedyś cię tu po prostu nie będzie? Założę się, że długo trzeba by szukać takiej rozmowy w pamięci. Bo śmierć to w naszej kulturze temat zamknięty na cztery spusty. Wypychamy ją za szpitalne zasłony, przykrywamy eufemizmami – "odszedł", "odeszła", "już jej nie ma" – jakby samo słowo mogło przywołać nieszczęście. Tymczasem jedyne, co jest absolutnie pewne w każdym ludzkim życiu, to właśnie ona.

 

Dlaczego boimy się o tym mówić

Strach przed śmiercią jest tak stary jak ludzkość. Antropolodzy wskazują, że już neandertalczycy chowali swoich zmarłych z kwiatami i narzędziami – wyraźny sygnał, że rozumieli nieuchronność końca i próbowali jakoś odpowiedzieć na jego wyzwanie. Ale w XXI wieku, w dobie nieśmiertelnych selfie i filtrów odmładzających, zrobiliśmy krok w tył. Śmierć przestała być częścią życia codziennego, stała się tematem specjalistycznym – zarezerwowanym dla hospicjów, szpitali i zakładów pogrzebowych.

Psychologowie nazywają to zjawisko terror management theory – teorią zarządzania trwogą. Sformułował ją w latach osiemdziesiątych XX wieku Jeff Greenberg wraz ze współpracownikami. Według tej koncepcji ogromna część ludzkich zachowań – budowanie karier, angażowanie się w ideologie, przywiązanie do grupowych tożsamości – to nic innego jak próba symbolicznego pokonania śmierci, wpisania swojego imienia w coś, co przeżyje ciało. Innymi słowy: boimy się, więc działamy. Ale rzadko kiedy siadamy i po prostu patrzymy strachowi w oczy.

Paradoks polega na tym, że im bardziej wypieramy temat śmierci ze swojego życia, tym silniej rządzi ona naszymi decyzjami z ukrycia. Wpływa na to, jakich związków szukamy, jak wychowujemy dzieci, dlaczego tak bardzo boimy się starzenia. Ukryta, działa mocniej niż nazwana.

Kobiety i śmierć – zaskakująco bliska relacja

Przez wieki to kobiety były tymi, które patrzyły śmierci w oczy najczęściej i z największą bliskością. Przygotowywały ciała do pochówku, czuwały przy umierających, rodziły – a rodzenie przez całe tysiąclecia stało na granicy życia i śmierci. Badania socjologiczne konsekwentnie pokazują, że kobiety rzadziej unikają myślenia o własnej śmiertelności niż mężczyźni, częściej wcześniej piszą testamenty, częściej angażują się w pracę hospicyjną i wolontariat przy umierających. To nie masochizm – to szczególna forma odwagi.

Psycholog egzystencjalny Irvin Yalom pisał, że konfrontacja z własną śmiertelnością może być nie źródłem paraliżu, lecz przebudzenia. Kobiety – choć to oczywiście uproszczenie – wydają się częściej gotowe na takie przebudzenie. Może dlatego, że od wieków oswajały rzeczy, których inni woleli nie dotykać.

Ciekawy jest też fenomen czytelniczy. Statystyki rynku książki w Polsce niezmiennie wskazują, że kobiety stanowią większość czytelników we wszystkich kategoriach wiekowych. I to one sięgają najchętniej po literaturę, która zadaje trudne pytania – o sens, o stratę, o to, co zostaje po człowieku.

Kiedy sięgamy po książkę

Istnieje coś, co można by nazwać lekturową reakcją na żałobę. Kiedy ktoś bliski umiera, kiedy sami zachorujemy albo kiedy pewnego ranka uświadamiamy sobie, że minęło już czterdzieści lat – sięgamy po książkę. Jakby kartki mogły dać odpowiedź, której nie ma w żadnym poradniku, żadnej aplikacji, żadnym filmie na platformie streamingowej.

Część kobiet trafia wtedy na literaturę z pogranicza duchowości i świadectwa – niekoniecznie dlatego, że są głęboko wierzące, ale dlatego, że te książki mówią o doświadczeniu, którego nauka jeszcze nie opisała do końca. Takim fenomenem wydawniczym jest relacja Marii Simmy – austriackiej mistyczki z alpejskiej wioski Sonntag, która przez dziesięciolecia opisywała swoje – jak je nazywała – spotkania z duszami czyśćcowymi. Jej książka "Moje przeżycia z duszami czyśćcowymi", wydana po raz pierwszy po niemiecku w 1968 roku, doczekała się 18 wydań i nakładu przekraczającego 175 tysięcy egzemplarzy, trafiając do rąk czytelników daleko poza granicami Austrii.

Co sprawia, że ludzie – i kobiety w szczególności – po nią sięgają? Z perspektywy kulturoznawczej to zjawisko fascynujące. Simma nie była teologiem ani pisarką. Była zwykłą kobietą z małej wioski, żyjącą skromnie, pokornie, w cieniu gór Vorarlbergu. Swoje doświadczenia opisywała z rozbrajającą prostotą. I właśnie ta prostota przemawia. Bo śmierć to nie jest abstrakcja – to coś bardzo konkretnego, co dzieje się ciałom i sercom, i dlatego chcemy słuchać o niej od kogoś, kto brzmi jak ktoś z naszego podwórka, nie jak głos z ambony.

Na granicy dwóch światów – literatura religijna jako zjawisko kulturowe

Literatura religijna przeżywa w Polsce coś w rodzaju cichego renesansu. Nie tylko wśród osób głęboko wierzących – sięgają po nią również te, które określają siebie jako "poszukujące", "duchowe, ale niereligijne", albo po prostu zaskoczone przez życie w miejscu, w którym racjonalne narzędzia zawodziły. Coraz więcej wydawnictw zauważa ten trend i odpowiada na niego publikacjami pisanymi przystępnym językiem, dalekimi od teologicznej terminologii.

W tym kontekście warto wspomnieć o twórczości Księdza Bogusia – ks. Bogusława Kowalskiego, autora publikowanego przez Wydawnictwo Promic. Jego podejście do tradycji i rytuałów związanych z codziennym życiem – w tym tych dotyczących śmierci, żałoby i pamięci o zmarłych – wyróżnia się zdolnością tłumaczenia zawiłych kwestii w sposób bliski człowiekowi. Tytuły takie jak "Świątek, piątek i niedziela. Ks. Boguś wyjaśnia" wpisują się w szerszą potrzebę: zrozumienia własnej kultury, obyczajów i symboliki, które towarzyszą nam od urodzenia, a których sensu nikt nam nigdy do końca nie wyjaśnił.

Bo czy zastanawiałaś się kiedyś, dlaczego akurat takie, a nie inne gesty, słowa i rytuały otaczają człowieka w chwili śmierci i po niej? Rytmika żałobnych obrzędów – niezależnie od tego, czy traktujemy je religijnie czy czysto kulturowo – pełni funkcję psychologiczną, którą doceniają nawet osoby całkowicie niereligijne. Dają strukturę chaosowi. Mówią: jest czas na płakanie, jest czas na wspomnienia, jest czas na powrót do życia. Pozbawieni rytuałów, gubimy się w żałobie jak w gęstej mgle bez latarni.

Co psychologia mówi o lęku przed śmiercią

Elisabeth Kübler-Ross – szwajcarsko-amerykańska psychiatryczka, autorka przełomowej książki "O śmierci i umieraniu" z 1969 roku – zrewolucjonizowała myślenie o tym, jak ludzie doświadczają własnej śmiertelności. Historia jej badań jest sama w sobie opowieścią o odwadze. Zanim Kübler-Ross zaczęła systematycznie rozmawiać z umierającymi pacjentami w szpitalu w Chicago, lekarze unikali tego tematu z chorymi jak ognia. Nikt nie wiedział, co mówić. Ona po prostu... zapytała. I przez lata słuchała – z notatnikiem w dłoni, bez lęku, bez zawodowego dystansu. Z tych rozmów wyłonił się model pięciu etapów żałoby – zaprzeczenie, gniew, targowanie się, depresja, akceptacja – który choć bywa dziś krytykowany za nadmierne uproszczenie, dał milionom ludzi poczucie, że to, co przeżywają, ma swoją nazwę i że nie są z tym sami.

„Kiedy naprawdę wiemy i rozumiemy, że nasze życie na ziemi jest ograniczone – i że nie wiadomo, kiedy się skończy – zaczynamy żyć każdym dniem w pełni." – Elisabeth Kübler-Ross

Ta myśl, choć prosta, ma w sobie coś przewrotnego. Świadomość śmierci, zamiast paraliżować, może stać się kompasem. Tanatologia – nauka o śmierci i umieraniu – od lat 70. XX wieku dostarcza coraz więcej dowodów na to, że otwarte mówienie o śmierci zmniejsza lęk, poprawia jakość życia i sprawia, że ostatnie miesiące – zarówno chorych, jak i ich bliskich – stają się pełniejsze.

Badania opublikowane w "Archives of Internal Medicine" wykazały, że pacjenci z zaawansowanym rakiem, którzy rozmawiali z lekarzami o preferencjach dotyczących końca życia, rzadziej trafiają na agresywne, wyniszczające leczenie w ostatnich tygodniach, a ich jakość życia jest statystycznie wyższa. Innymi słowy: rozmowa o śmierci poprawia – a niekiedy przedłuża – życie.

Rodzaje literatury, po którą sięgamy

Rynek książki proponuje dziś całe spektrum podejść do tematu przemijania. Poniższa tabela porządkuje je według kategorii i tego, czego szukamy, gdy po nie sięgamy.

Rodzaj literatury Czego szukamy Przykładowe podejście
Psychologiczna / terapeutyczna Narzędzi do przepracowania żałoby lub lęku Kübler-Ross, Yalom, mindfulness wobec śmierci
Filozoficzna / egzystencjalna Sensu i ram interpretacyjnych Stoicy, Heidegger w przystępnym ujęciu, eseje
Świadectwa i relacje Poczucia, że ktoś już przez to przeszedł Wspomnienia, biografie, opisy bliskich spotkań ze śmiercią
Literatura religijna / duchowa Odpowiedzi na pytania, których nauka nie obejmuje Relacje mistyczne, komentarze teologiczne, opisy rytuałów
Beletrystyka Emocjonalnego przepracowania przez fikcję Powieści o żałobie, stratach, przemijaniu

Nie ma jednej właściwej półki. Jedna kobieta przepracuje stratę mamy przez powieść Olgi Tokarczuk, inna – przez filozoficzny esej Seneki, jeszcze inna – przez prostą relację mistyczki z alpejskiej wioski. Ważne, żeby w ogóle sięgnąć.

Jak literatura o przemijaniu może zmienić twoje życie

Brzmi jak obietnica, wiem. Ale badania faktycznie to potwierdzają – czytanie o śmierci, zwłaszcza w bezpiecznym kontekście narracji cudzego doświadczenia, obniża tzw. death anxiety, czyli lęk tanatyczny. Mechanizm jest podobny do tego, który działa w terapii ekspozycyjnej: oswajamy to, czego się boimy, przez stopniowe zbliżanie się. Książka to idealne narzędzie – można ją zamknąć, kiedy robi się za ciężko, i wrócić, kiedy jesteśmy gotowe.

Co więcej, lektura o przemijaniu ma zdolność przewietrzania głowy z codziennych drobiazgów. Kiedy przez chwilę poważnie posadzimy sobie przy stole myśl o własnej skończoności, nagle okazuje się, że konflikt z koleżanką z pracy jest trochę mniej ważny, a czas spędzony z dzieckiem – trochę bardziej. To nie jest metafora – to neurobiologia. Mózg w konfrontacji z myślą o śmierci aktywuje obszary odpowiedzialne za silne przeżycia emocjonalne i często skutkuje reorientacją wartości. Można to zignorować. Albo można to wykorzystać.

Seneka, który w swoich "Listach do Lucyliusza" pisał o śmierci z godną pozazdroszczenia swobodą, ujął to lapidarnie:

„Cogita quantum temporis absumpserit" – Pomyśl, ile czasu już minęło. – Seneka

To zdanie może brzmieć jak klasyczne memento mori. Ale Seneka miał na myśli coś konstruktywnego: nie tyle lęk przed końcem, ile świadomość, że już teraz, w tej chwili, coś się dzieje – i warto być na to obecną.

Kiedy pytania ważniejsze są od odpowiedzi

Być może najważniejsze, co literatura o śmierci robi dla czytelniczki, to – paradoksalnie – nie odpowiada. Naprawdę. Najlepsze książki w tej kategorii – czy to relacja mistyczna, czy filozoficzny esej, czy powieść – nie mówią ci, co jest po drugiej stronie. Stawiają pytania, które uruchamiają ciebie. Co jest dla mnie naprawdę ważne? Jak chcę żyć, skoro wiem, że to się skończy? Co zostawię po sobie? Kto będzie o mnie pamiętał i dlaczego?

To są pytania, które – jak dobre wino – z wiekiem nabierają ciężaru. W dwudziestym roku życia brzmią abstrakcyjnie. W czterdziestym zaczynają ciążyć w sposób, który trudno zignorować. W sześćdziesiątym stają się codziennością. I wtedy okazuje się, że kobiety, które przez lata oswajały ten temat przez czytanie, rozmowy, rytuały i refleksję, mają coś, czego nie da się kupić ani zarezerwować przez internet – wewnętrzny spokój wobec tego, co nieuchronne.

Nie trzeba od razu sięgać po najcięższe pozycje. Wystarczy zacząć. Jedna książka. Jeden wieczór z herbatą i pytaniem, które normalnie odpychamy. Bo śmierci się nie okiełzna – ale można nauczyć się żyć z jej obecnością bez nieustannego strachu. I to – zdaniem i psychiatrów, i filozofów, i tych, którzy mieli odwagę zapytać umierających, jak naprawdę jest – jest właśnie prawdziwa wolność.


Najczęściej zadawane pytania



Podobne artykuły:


Wersja do druku