Tak niedawno gazety rozpisywały się o sukcesie Martyny Wojeciechowskiej, jakim było zdobycie Korony Ziemi. Jak po czasie nasza bohaterka wspomina rozłąkę ze swoją małą córeczką? Czy trudno było dążyć do wyznaczonego sobie celu? O tym wszystkim zdecydowała się nam opowiedzieć Martyna Wojciechowska udzielając naszej redakcji wywiadu.

Siedem lat – tyle zajął Ci cały projekt „Korona Ziemi”. Czujesz, że coś się teraz zmieniło w Twoim życiu?

Traktuję Koronę Ziemi jako projekt życia, który przede wszystkim był ogromną szkołą cierpliwości, determinacji i charakteru w ogóle. Ludzie często pytają mnie, dlaczego góry. Właśnie dlatego. Lubię uczyć się siebie, pokonywać własne słabości. Te siedem lat nauczyło mnie pokory, wzmocniło poczucie własnej wartości i utwierdziło w przekonaniu, że nawet niebo nas nie ogranicza. Zmiany, które zaszły w trakcie i po zakończeniu tego projektu, były raczej wewnętrzne niż zewnętrzne.

Jako młoda mama nigdy nie czułaś tęsknoty za swoją córeczką, nie zastanawiałaś się nad tym, co akurat robi Marysia? Nie miałaś poczucia, że omijasz coś najważniejszego dla każdej kobiety -  dorastania swojego dziecka?

Miałam i mam przez cały czas! Antarktydę, na którą wyjechałam, gdy Marysia miała osiem miesięcy, pamiętam przede wszystkim przez pryzmat ogromnej tęsknoty do dziecka. Te decyzje, na styku szczęścia matki i dziecka zawsze są bardzo trudne i wiążą się z rozdarciem. Jedno z moich postanowień po urodzeniu dziecka było to o nierezygnowaniu z siebie i swoich pasji. Gdy wyjeżdżam tęsknię i myślę przez cały czas. Zakończyłam projekt Korona Ziemi, teraz wyjeżdżam jedynie zawodowo, nie tak znowu bardzo często. Spędzam z Marysią każdą wolną chwilę i wiem, że mam szczęśliwe dziecko.


Jesteś ciągle w drodze, przed Tobą napewno kolejne plany i pomysły na nowe podróże, myślałaś o tym, by na dobre ustatkować się i osiedlić w jednym miejscu, wyjść za mąż i oddać się wychowywaniu dzieci?

To, że czasem jest ciężko nie oznacza, że trzeba zrezygnować z siebie. Lubię być w drodze, mam swoje miejsce, do którego wracam, niedługo zacznę podróżować z Marysią. Nie odczuwam potrzeby zmiany. Jestem ustatkowana, z tą różnicą, że na własnych warunkach.

Myślisz, że Twoja córka jest dumna ze swojej mamy? Chciałabyś, żeby poszła w Twoje ślady?

Na razie chyba nie bardzo rozumie czym jest duma i czym do końca zajmuje się Jej mama (śmiech). Mam jednak cichą nadzieję, że za kilka lat powie mi, że jest ze mnie dumna. Często o tym myślę... Co do przyszłości – chyba chciałabym, żeby była inna niż ja. Może czasami trochę mniej niezależna, spokojniejsza, bardziej „stacjonarna”. Czas pokaże.

W wywiadzie dla "Vivy" mówiłaś, że marzysz aby być z kimś kto „daje kobiecie opiekę i wie, dokąd zmierza. Takim, który ma dystans do świata, ludzi, do siebie. Tymczasem męska labilność to coś, co mnie przeraża. Jeden ma depresję, drugi nie wie, czego chce, a ja potrzebuję w domu samca alfa” - naprawdę uważasz, że nie ma odpowiedniego mężczyzny dla Ciebie? Nie chciałabyś zestarzeć się u boku kogoś bliskiego?

Chyba każdy by chciał. Pozostawiam to w rękach losu. Być może jest ktoś odpowiedni, nie mówię kategorycznie, że nie ma. Po prostu domyślam się, że nie łatwo być z kimś, kto wiecznie za czymś goni i na dodatek nierzadko nie wie tak do końca za czym.

Jak wyobrażasz sobie siebie jako przykładna żona? Myślisz, że to w ogóle możliwe, żeby nauczyć się nią być?

Słabo odnajduję się w stereotypach, więc po prostu sobie ich nie wyobrażam (śmiech). To chyba nie dla mnie.

Masz jakąś dobrą radę dla kobiet, które choć mają marzenia nie są w stanie lub nie mają odwagi na ich realizację?


Wierzcie lub nie – choć zawsze lepiej uwierzyć – że to, co nas ogranicza, to jedynie własna wyobraźnia. Wszystko poza tym jest do zrobienia, do przejścia i do zorganizowania. Tak naprawdę same sobie te ograniczenia narzucamy. Tak naprawdę chodzi o podjęcie pewnej decyzji i trzymanie się jej. Przy odrobinie szczęścia nic nie stanie na przeszkodzie.

O sukcesie zdobycia Korony Ziemi przeczytacie tu.


Podobne artykuły: