Autentyczna, często szalenie zabawna historia małżeństwa Máté w świecie toskańskiej zmysłowości, szlachetnych trunków i rozpływających się w ustach potraw. Książka, która wzbudza dzikie apetyty! Doskonała lektura dla wszystkich italofilów i marzycieli.

Pod koniec lat 80. XX w. Ferenc i Candace Máté opuścili Nowy Jork, aby osiedlić się w starym gospodarstwie na wzgórzach Toskanii. Tak rozpoczęli swą życiową przygodę – nie mówiąc praktycznie po włosku i mając zaledwie cztery tygodnie na znalezienie wymarzonego domu w pobliżu miejscowości Montepulciano we Włoszech, gdzie postanowili zapuścić korzenie.

Dwójka śmiałków z dnia na dzień coraz więcej dowiaduje się o Toskanii – o jej wzgórzach, słońcu, sztuce, jedzeniu i winie oraz, co najważniejsze, o zwykłych, pełnych pasji i rozkochanych w życiu ludziach. Niemal wbrew sobie Candace i Ferenc uczą się cieszyć z życia tak, jak robią to Toskańczycy – polują na dom razem z pośrednikiem nieruchomości, który ma bzika na punkcie funghi; szukają soczystych porcini i białych trufli w gęstym lesie; chronią się przed falą największych upałów w swym kamiennym domu; pomagają sąsiadom przy zbiorach, winobraniu i wytwarzaniu wina. A na dokładkę na nowo odkrywają siebie nawzajem i nowe życie w zaczarowanej i malowniczej Toskanii.








Fragemnt książki:

Cały następny rok spędziliśmy zamurowani w betonowej dżungli Nowego Jorku. Candace poświęcała kolejne długie godziny, by uzyskać tytuł magistra sztuk pięknych, a ja dokończyłem książkę o jachtach żaglowych, a następnie zmagałem się z powieścią o biednym żeglarzu poszukującym zmarłej żony. Candace zdobyła swój tytuł, a mnie udało się ukończyć książkę, którą z należytą ostrożnością odłożyłem na dno drewnianego kufra, licząc, że być może, tak jak w wypadku win, czas podziała na jej korzyść i dzieło ujrzy światło dzienne kilka lat później, dojrzałe i wyszukane.
W każdym razie minął rok.
Większość normalnych ludzi po takim czasie wybiłaby sobie z głowy pomysł na idylliczne życie w Toskanii, postarałaby się o pracę i zadowoliłaby się telewizją kablową i wycieczkami do siłowni. Ale nie ja. Ja planowałem. Postanowiłem znaleźć jakieś miejsce do wynajęcia na miesiąc, skąd mógłbym rozpocząć polowanie na wymarzony toskański domek na wsi. Dzwoniłem wszędzie: do Włoskiej Izby Turystycznej, włoskich biur podróży, na amerykański uniwersytet w Toskanii, do zakonu benedyktynów niedaleko Florencji, pizzerii na rogu ulicy, której właściciel był co prawda Koreańczykiem, ale zauważyłem pocztówki ze Sieny przylepione taśmą klejącą do kasy, skontaktowałem się nawet z miejscowym włoskim klubem Golden Age, gdzie wszyscy okazali się głusi. Wszystko na próżno. Nikt nic nie wiedział. A nawet jeśli wiedzieli, to nic nie mówili. A jeśli już mówili, to po włosku, przez co nie rozumiałem ani słowa. W końcu, przypadkowo, trafiłem na kontakt – w pralni.
Planowanie z wyprzedzeniem stanowiło dla mnie zupełną nowość. Zazwyczaj oddaję się w ręce Losu, i to nie dlatego, że jestem specjalnie żądny przygód, raczej z lenistwa. Czasem to działa. Piętnaście lat wcześniej razem z Candace włóczyliśmy się po Ameryce Środkowej w samochodzie kempingowym marki Volkswagen, utrzymując się za siedem dolarów dziennie, i przypadkowo „odkryliśmy” ruiny Tikalu, miasta Majów, o którym słyszeli wszyscy, tylko nie my. Oto znaleźliśmy się głęboko w gwatemalskiej dżungli, ślizgając się po wodzie w trakcie ulewnych burz, zakopani aż po wały osiowe w błocie, uciekając przed nakrytą brezentem ciężarówką, w której mógł czaić się szwadron śmierci lub skrzynki z melonami. W końcu normalny człowiek zagubiony w dżungli w kraju ogarniętym rewolucją nie zatrzymuje się, by sprawdzić, co też ciekawego znajduje się w podejrzanych ciężarówkach.
Kiedy wreszcie ciężarówka zniknęła w strugach deszczu, ponieważ utknęła gdzieś na poboczu – Panie Boże, pobłogosław Panu Volkswagenowi, kimkolwiek jest – Candace szturchnęła mnie i powiedziała.
–-Co to za pagórki w dżungli przed nami?
Moją pierwszą myślą było „wrogowie!”, jednak pagórki okazały się bardzo duże, nieruchome, zarośnięte i spiczaste – niczym wyprostowane stopy pod kocem – różnica polegała na tym, że było ich dwanaście, do tego wielkich i stromych jak piramidy, którymi zresztą się okazały ku naszemu olbrzymiemu zdziwieniu.
Podróżowanie w samochodzie kempingowym to jedna rzecz: można przecież jechać przed siebie, dopóki się nie trafi w jakieś ciekawe miejsce. Niestety, nie da się po prostu przylecieć do Toskanii i wrzasnąć „Czy ktoś w okolicy ma mieszkanie do wynajęcia?!”.
Dlatego musiałem wszystko zaplanować. I to podziałało.



Najczęściej zadawane pytania



Podobne artykuły:


Wersja do druku