Kim jestem, kiedy schodzę ze sceny i przestaję grać? Takie pytanie zrodziło się w mojej głowie, gdy czytałam „Lato przed zmierzchem” Doris Lessing.
My kobiety w życiu także „przebieramy się” w różne role – zupełnie jak aktor, który przymierza kostiumy przed występem, a potem odgrywa w nich swoje najlepsze kreacje. Tyle tylko, że bardzo często z szafy życia wybieramy maski i kaftany, które nas uwierają. A może to ktoś inny wybiera je dla nas? Posłusznie zakładamy na siebie przebranie grzecznej córki, potem dobrej, troskliwej żony i czułej matki-opiekunki domowego ogniska. Wszystko po to, by nas oklaskiwano i odpłacano nam za to uczuciem, akceptacją, opieką.
Stop. Gasną światła, widownia się rozchodzi, zostajemy same na pustej scenie… Co wtedy?
„Lato przed zmierzchem” to powieść o kobiecie, która jest wzorową matką czwórki dzieci i kochającą żoną. Przez ponad dwadzieścia lat swojego życia jest centrum integrującym życie rodzinne. Nie pracuje i jest w całości podporządkowana dzieciom i mężowi.
Powieść zaczyna się niewinnie, sielankowo. Jednak pewnego lata zbieg okoliczności i podjęcie jednej ważnej decyzji wszystko zmienia. Bohaterka przebywa długą podróż po świecie, która inspiruje ją do podjęcia wyprawy także w głąb siebie. Okazuje się, że ta druga, metaforyczna droga jest o wiele większym wyzwaniem dla bohaterki - wymaga odwagi i doświadczenia wielu trudnych emocji, wreszcie wyjścia ze znanych, bezpiecznych ról, w których zawsze było się kimś dla innych, a nikim dla siebie.
Właściwie możemy się tylko domyślać jakie pytania stawia sobie Kate Brown – bohaterka „Lata przed zmierzchem”. Autorka w swojej powieści nigdy wprost ich nie formułuje, ani nie daje nam żadnej gotowej odpowiedzi. W tym właśnie tkwi siła książki Doris Lessing. To zachęta dla nas czytelniczek do zatrzymania chwili, do podjęcia refleksji i skupienia się na moment na sobie i własnych odczuciach. Na tym jakie one są wtedy, gdy gasną światła, a widownia się rozchodzi…
Daria Widawska