Najnowsza książka Jolanty Wachowicz-Makowskiej pt."Czas nadziei" została oparta na faktach. Autorka postanowiła w niej opisać historię lekarki-pediatry z jednej z warszawskich przychodni, która wydarzyła się naprawdę.

„Czas nadziei” to powieść obyczajowa, która skupia się w bardzo wciągający sposób na historii głównej bohaterki. Jej życie jest dość pospolite-opiekuje się chorą matką, a resztę czasu wypełnia jej praca zawodowa. Przez to czuje się samotna cierpi przede wszystkim, dlatego że nie spełniło się jej pragnienie założenia własnej rodziny. Historia jednak wkracza jednak na inny tor, gdy nasza bohaterka dowiaduje się nieuleczalnej chorobie. Wtedy to pani doktor decyduje się spełnić swoje ostatnie i największe marzenie, jakim okazuje się być podróż do Rzymu.

Ta decyzja nieoczekiwanie nadaje reszcie jej życia pełnię, sens i spełnienie.



Jolanta Wachowicz – Makowska  jest autorką kilkunastu książek z dziedziny psychologii i pedagogiki, beletrystyki dziecięcej oraz serii książek wspomnieniowych: "Chochlą i mieczem", "Świat zapamiętany", "Panienka w PRL-u" oraz "Schola amabilis" (historia szkoły Sióstr Nazaretanek w latach powojennych).

Fragment:

Kobieta nosiła przypiętą do swego białego pielęgniarskiego fartucha tabliczkę z wypisanym imieniem i nazwiskiem, ale nikt nawet nie próbował zapamiętać, jak się nazywa. Pacjenci, inne pielęgniarki, salowe, lekarze, a nawet ordynator zwracali się do niej bezosobowo: siostro. Myśleli natomiast i mówili o niej Siostra Zmora.
Pracowała na oddziale od ponad dwudziestu lat, ale mimo to nikt nie pamiętał, czy przezwisko przylgnęło do niej z powodu jej wyglądu, czy też to ona stopniowo upodabniała się do nadanego jej miana.
Była chuda, kostyczna, miała bardzo ciemne, nigdy nierozjaśniane uśmiechem oczy i wąskie usta zaciśnięte w grymasie – nie wiadomo – rozżalenia, pretensji, rozczarowania czy smutku. Rzadko się odzywała, a jeśli, to jedynie po to, by jak najkrócej, w sposób jak najbardziej rzeczowy i bezosobowy odpowiedzieć na zadane jej pytanie lub przekazać polecenie lekarza. „Proszę to połknąć”. „O dziesiątej zaprowadzę panią na EKG”. „Proszę jutro nie jeść śniadania”. „Wieczorem zrobimy lewatywę”. Nie dodawała żadnego komentarza. Nie starała się dodawać otuchy, pocieszać, wyjaśniać, uspokajać.
Robiła swoje. I nic więcej.





Podobne artykuły: