Szokujące, ale to tylko fragment wypowiedzi głównej z bohaterek. W ostatnią niedzielę wybrałam się na tak reklamowany i zachwalany ostatnimi czasy film. Mowa o „Galeriankach” Katarzyny Rosłaniec. Nie na darmo film ten został okrzyknięty najlepszym debiutem ostatniego roku, doceniony na trzech festiwalach filmowych. Uważam, że niewątpliwie na to zasługiwał.
Kupując bilet w kinowej kasie wiedziałam, o czym mniej więcej jest ten film. Czytałam wcześniej o młodych dziewczynach, które szukają sobie sponsorów, którzy je utrzymują, w zamian za seks. Najprościej można powiedzieć o tym - handel własnym ciałem. Ciekawa jednak byłam, jak reżyserce udało się zrobić taki film, by pokazać dramatyzm tych dziewczyn w miarę zrozumiały dla „zwykłych” ludzi sposób. Nie łatwo jest poruszać w naszym kraju takie tematy. Seks jest u nas tabu. Nie lubimy o nim rozmawiać, zwykle czerwienimy się i peszymy, kiedy ktoś próbuje wkroczyć w nasze życie intymne. Nie lubimy rozmawiać, ale o dziwo z większą swobodą oglądamy na ekranie sceny erotyczne.

„Galerianki” to wbrew pozorom dość trudny temat na film. Katarzyna Posłaniec postawiła sobie wysoko poprzeczkę i trzeba przyznać, że zrobiła to w fenomenalny sposób. Umiejętnie dobrana muzyka (głównie Skinny Patrini) świetnie komponowała się z wnętrzem galerii handlowej, po którym przechadzały się główne bohaterki. Znajdą się i tacy, którzy potraktują ten film jako komedię, bo ciężko czasem zachować powagę, słysząc barwne opowieści Mileny. Nie da się nie uśmiechnąć. Jednak zaraz potem powinna nasunąć się nam refleksja, że właściwie to Milena wypowiada się bardzo prostym językiem. Próbuje używać słów, których sama za bardzo nie rozumie, ale wydaje jej się, że będzie odbierana za mądrzejszą niż jest.

Inteligentni i wszyscy Ci, którzy mają dobrze w głowach poukładane odbiorą ten film tak, jakby życzyła sobie tego reżyserka. Wydaje mi się jednak, że młodzi mogą tego nie zrozumieć, bo być może ich życie wygląda podobnie. Nie koniecznie muszą uprawiać seks dla pieniędzy, ale czują się źle we własnych domach i we własnym otoczeniu. Stoją pod ciągłą presją zmieniającego się i powoli degradującego społeczeństwa. W postaciach z filmu nie zobaczą nic złego, a być może je usprawiedliwią, zazdroszcząc takiej niezależności.

A tak naprawdę film ma pokazać nam, czym w dzisiejszych czas jest tak ważny dla każdej kobiety i każdego młodego mężczyzny pierwszy raz. Pokazuje także to, jak wygląda w niektórych domach komunikacja między rodzicami a dziećmi. A także to, jak po latach odnoszą się do siebie współmałżonkowie. Brak rozmowy, zrozumienia, zainteresowania i spędzania razem czasu. Stajemy się dla siebie obcy. Taki model rodziny przedstawiony został w filmie. To właśnie z tych powodów Ala szuka zrozumienia i akceptacji u Mileny. Imponuje jej, że koleżanka potrafiła wyzwolić się i sama o siebie zadbać. Nie chcę opisywać Wam fabuły filmu, bo każdy powinien pójść do kina i zobaczyć ten film osobiście…

Po wyjściu z kina nasunęło mi się wiele myśli. Między innymi zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem obraz „Galerianek” nie był trochę przesadzony. Czy naprawdę są gdzieś takie dziewczyny? Przechadzając się po trójmiejskich galeriach handlowych nie natrafiłam jeszcze nigdy na tego typu osoby. Być może mało spostrzegawcza jestem, albo po prostu takich dziewczyn tutaj nie ma. Katarzyna Rosłaniec pisząc swój scenariusz musiała czerpać jednak skądś inspiracje i powołać się na prawdziwe historie i dialogi. W zasłyszanym przeze mnie wywiadzie mówiła, że nie musiała daleko szukać. Wystarczyło tylko wyjść na Pragę, by do jej uszu doszły teksty, jakimi posługuje się w filmie Milena.

Zdecydowanie polecam.


Podobne artykuły: