Kiedy w zeszłym roku zaczynałam jeździć na rowerze, musiałam najpierw powalczyć z tzw. syndromem stewardessy, który oznacza, że wychodząc z domu muszę być przygotowana na absolutnie każdą sytuację.

Dlatego noszę ze sobą mnóstwo rzeczy od małej kosmetyczki i podręcznej apteczki po korkociąg i scyzoryk (może dzień skończy się w dzikim buszu z butelką wina do otwarcia? kto wie:)). Też tak macie?
Niestety, moje "wyposażenie" zajmowało całkiem sporo miejsca, a na rowerze przestrzeń załadunkowa znacznie się skurczyła. I trzeba było zacząć kombinować (tak, tak, musiałam się pogodzić z tym, że nie mam zawsze przy sobie 2 par butów na zmianę, maty do jogi i rakiety tenisowej).

Oto przedstawiam mój rowerowy niezbędnik, który ograniczyłam do 3 punktów:

1. Koszyk (montowany na kierownicy) - a w koszyku torebka z portfelem, dokumentami, telefonem komórkowym, błyszczykiem, saszetką podkładu, listkiem tabletek przeciwbólowych, książką, którą aktualnie czytam, okularami przeciwsłonecznymi, małą butelką wody i drugim śniadaniem.
2. Torba rowerowa (montowana na tylnym bagażniku) - a w niej łańcuch rowerowy, strój na ćwiczenia, na które się tego dnia wybieram (joga, aerobik lub basen), czasami laptop.
3. TELEFON - tak, wiem, jako niezależna kobieta powinnam mieć przy sobie pompkę do roweru i łatkę. Ale po co mi to, skoro i tak nie umiem sama z tego korzystać (co więcej, z premedytacją, nie mam zamiaru się nauczyć:)) dlatego mam przy sobie telefon do płci męskiej. Dzięki temu, na wypadek jakiejś awarii, zawsze mogę liczyć na wsparcie silnego, męskiego ramienia.

Tym sposobem stałam się szczęśliwą kobietą, ograniczając liczbę przedmiotów dookoła mnie okazało się, że mogę się bez nich obejść:)
Część z tych rzeczy - jak np.: zapasowe rajstopy, kilka podstawowych leków czy buty na zmianę, po prostu mam na stałe w pracy. Część biorę ze sobą od czasu do czasu, jeśli jest taka potrzeba:)
I tak mogę wyruszyć na rowerową ścieżkę.



Podobne artykuły: